Partnerem serwisu jest firma M.K.Szuster

Opowieści z Warmii: takie to były kiedyś Gryźliny

2016-09-19 14:37:27 (ost. akt: 2016-09-19 14:35:54)
O tradycjach i tej historii przeczytałam w książce Zientary Malewskiej i Wandy Pieńkowskiej „Rośnie do słońca”, rok 1954

O tradycjach i tej historii przeczytałam w książce Zientary Malewskiej i Wandy Pieńkowskiej „Rośnie do słońca”, rok 1954

Autor zdjęcia: Katarzyna Enerlich

Stara wieś Gryźliny. Opowiadali o niej dawni mieszkańcy: Hanc, Szarejna i Zacheja, a wysłuchała ich Maria Zientara-Malewska. Za jej czasów podobno w ładny dzień widać było stamtąd Olsztyn.

I właśnie o tamtych czasach, powojennych, dziś wspomnę, byśmy zobaczyli tę ziemię oczami Marii Zientary-Malewskiej, warmińskiej pisarki i poetki.

Pani Maria widziała malownicze wioski w okolicy i jeziora, które — jak mówiła — modrzyły się. Niedaleko Gryźlin odkryła wśród podmokłych łąk wartką Pasłękę, która była naturalną granicą z powiatem ostródzkim. A już niedaleko, od strony zachodniej, lasy tutejsze graniczyły z wiejskim lasem olsztyńskim, w którym to według opowiadań ludności odpoczywał po bitwie pod Grunwaldem sam król Jagiełło. Jeśli tak było w istocie, to szkoda, że kamienie nie mówią…

Ponoć, jak wspomina pani Maria, ludność ówczesna dowiedziawszy się, że król odpoczywa w lesie, przyniosła mu w darze wiele jadła i napojów, kto co miał najlepszego w domu. I wtedy właśnie król Jagiełło, ujęty gościnnością i jeszcze w aurze zwycięstwa, podarował mieszkańcom ów las, który potem nazwali Jagiellek. Do dziś jest tam leśniczówka, a obecnie to miejsce nazywa się Jagiełłek. Tu w czasie pierwszej wojny wojska niemieckie poniosły spore straty; są do dziś w pobliżu dwa cmentarze — rosyjski i niemiecki. Las przyłączono potem do Olsztynka i nadano mu nazwę Stadtförsterei Hohenstein, ale do dziś na wielu topograficznych mapach widnieje jego stara nazwa. A że ziemia w okolicy piaszczysta i mało urodzajna, do dziś wspomina się dawne przysłowie, że silny wiatr zabiera gryźliniakom połowę ziemi.

Wszystko w tym miejscu zaczęło się od pastwisk i lasu sosnowego. Miejscowy proboszcz dostał tu pięć włók roli, a w środku wsi pani Maria zwiedziła bardzo skromny kościół św. Wawrzyńca. Konsekrowany był w 1580 roku przez biskupa Marcina Kromera. Ludzie chcąc być bliżej Boga, a nie mając bogactwa, zbudowali go z okolicznych polnych kamieni, jakby chcieli, by ziemia też miała w tej budowie swój udział. Dodali czerwone cegły i drewno i tak powstała ich pierwsza tutejsza świątynia. W czasach, gdy Zientara-Malewska widziała to miejsce, do parafii należały: Mała Stawiguda, Wymój, Miodówka i Zielonowo. Jeszcze wcześniej również Stawiguda. Do plebiscytu w 1920 roku mieszkali tu prawie sami Polacy, nic więc dziwnego, że prawie wszystkie głosy, jak wspomina badaczka tych ziem, oddali na listę polską. Po plebiscycie wielu Polaków wyprowadziło się stąd, sprzedając swoje ziemie Niemcom, głównie z pobliskich Mazur. Kiedyś była tu też polska szkoła, jednak po pamiętnym głosowaniu została zlikwidowana.

To było zagłębie pięknej gwary warmińskiej, lekko mazurzącej. Zientara-Malewska zachwycała się jej brzmieniem i widziała w niej prawdziwe dziedzictwo. Za jej czasów ludzie skromnie tu żyli, głównie z uprawy ziemi, a wielu pracowało w Sanatorium Przeciwgruźliczym albo na kolei, sporo dojeżdżało do pracy w Olsztynie i w Olsztynku rowerami, bo taniej. Jedna rzecz była tu charakterystyczna. Otóż w czasach powojennych Gryźliny były bardzo rozśpiewane, jakby ludzie chcieli w ten sposób uprzyjemnić sobie codzienność. Śpiewali więc prawie wszyscy, począwszy od 16-letniej Monkówny, a skończywszy na starym Szarejnie, który miał wtedy przeszło 90 lat. Bótewski zaś ponoć śpiewał bardzo głośno i odważnie, zwłaszcza gdy sobie jednego łyknął. Mówił wtenczas: Gardło mi zaschło i na łodwoga tom sobzie musioł tam bziołam trochę gardła przetoknąć.” Ale najpiękniej śpiewała Marta Hancowa, a głos jej był jasny i czysty. Pochodziła z rozśpiewanych Turowskich z Tomaszkowa. Ciężki i ochrypły głos miał staruszek Zacheja, co siedział za sprawę polską w więzieniu i z czasem postradał zmysły. Mieszkał sam w chacie, unikał każdego i rozmawiał z ptakami i drzewami. Mimo to kiedy go kto prosił, żeby zaśpiewał, zgadzał się chętnie, mówiąc, że śpiewa „nie psianknie, ale głośno”.
Takie to były kiedyś Gryźliny. Ciekawe, czy do dziś ludzie stąd ocalili te śpiewacze tradycje?
Katarzyna Enerlich
Autorka jest pisarką i dziennikarką, stale współpracuje z Gazetą Olsztyńską. Wydała m.in. cykl książek Prowincja pełna...


Czekamy na Wasze zdjęcia i opisy pięknych zakątków regionu, kliknij tutaj, aby dodać swój artykuł lub skontaktuj się z nami pod adresem redakcja@naszawarmia.pl.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Polecamy