Partnerem serwisu jest firma M.K.Szuster

Rodzinna historia, czyli tajemnice carskiego złota

2016-03-11 14:50:35 (ost. akt: 2016-03-11 15:11:21)
Halina Drohomirecka w swoim mieszkaniu w Olsztynie

Halina Drohomirecka w swoim mieszkaniu w Olsztynie

Autor zdjęcia: Władysław Katarzyński

Jest późna jesień 1916 roku, kilka miesięcy przed abdykacją cara Mikołaja II. Z dziedzińca pałacu carskiego w Petersburgu wyjeżdża furmanka, w której podróżuje dwóch ucharakteryzowanych na Żydów gwardzistów. Pod słomą i szmatami wiozą powierzoną im pancerną kasę ze złotymi rublami. Jednym z nich jest Antoni Persyk.

— To mój wujek! — opowiada Halina Drohomirecka z Olsztyna, która pochodzi z Wołynia. — To jeden z ciekawszych epizodów z dziejów mojej rodziny.

W cieniu wielkiej cementowni


Halina Drohomirecka w swoim mieszkaniu w Olsztynie

Pięcioletnia Halina Dreohomirecka (wówczas Kozłowska) z matką, Zdołbunów 1935 rok



Urodziła się w 1930 roku w Zdołbunowie w zachodniej części Ukrainy (pochodzi stamtąd znana niegdyś piosenkarka Teresa Tutinas), 15 kilometrów od Równego, wówczas w granicach Rzeczpospolitej. Ze Zdołbunowa pochodziła mama pani Haliny, Wiktoria z domu Szeglewska, tata Kazimierz Kozłowski wywodził się z Ostróżka Podolskiego na Podolu. Poznali się z mamą, kiedy on był w wojsku w ułanach. Dziadek, u którego zamieszkali, miał ładny dom, gospodarstwo i duży sad obok. W mieście żyli obok siebie w zgodzie Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Dziadek i mama często wspominali czasy, gdy Zdołbunów (albo Zdołbunowo – różnie się pisze i mówi) był niedużą, zapyziałą miejscowością. Kiedy doprowadzono tu linię kolejową, byli wśród mieszkańców tacy, którzy widząc parowóz, żegnali się i zatrzaskiwali drzwi. Ale odtąd miejscowość rozkwitła. Rewolucja 1917 roku wygnała z Rosji wielu Polaków. Wśród nich był Antoni Persyk, wuj pani Haliny, mąż Marii, rodzonej siostry jej mamy. Zamieszkali w Zdołbunowie, wuj Antoni pracował z Kazimierzem Kozłowskim w cementowni, największej na polskich Kresach, która dostarczała cement na całą Ukrainę. — Wysoki, postawny mężczyzna — wspomina pani Halina. — Był na pół Persem ze strony ojca i Polakiem od strony matki.








Kazimierz Kozłowski, ojciec Haliny, w mundurze ułana, podparty na szabli

Bajki, czyli prawda o carskim dworze





























































Wuj Antoni Persyk na ulicy w Zdołbunowie, rok 1935

Wuj Antoni był absolwentem rosyjskiego gimnazjum w Petersburgu, a miejsce załatwiła mu siostra jego przyszłej żony, która wyszła za mąż za bogatego Niemca i miała w Petersburgu salony mody, gdzie ubierała się rosyjska, damska arystokracja. To prawdopodobnie za jej wstawiennictwem Antoni Persyk, kiedy przeszedł czas poboru do wojska, został gwardzistą przy dworze carskim. Jego atutem była znajomość języka rosyjskiego, niemieckiego, trochę jidysz. — Kiedy osiedli z żoną w Zdołbunowie, mnie na świecie jeszcze nie było! — opowiada Halina Drohomirecka. — Wujostwo poznałam bliżej jako dziecko. On opowiadał mnie i bratu takie historie, że traktowaliśmy to jako bajkę. A wiele widział, ponieważ jako przyboczny gwardzista poznał życie dworskie. Opowiadał o drogocennych cennych klejnotach Aleksandry Fiodorownej, księżniczki heskiej, która po wyjściu za mąż za Mikołaja II przeszła na prawosławie, o insygniach carskich, wspaniałych zastawach, meblach, przyjęciach i balach dworskich z udziałem arystokracji i zagranicznych dyplomatów. Towarzyszył też z kolegami z gwardii carowi w wypoczynku w letniej rezydencji w Carskim Siole. Mógł tam podziwiać dzieło mistrzów gdańskich, słynną Bursztynową Komnatę.
Stalowe ptaki na niebie
We wrześniu 1939 roku do Zdołbunowa weszli Rosjanie. Wielu nosiło obdarte mundury, stare buty, mieli karabiny na sznurkach. Odtąd dzieci musiały się w szkole uczyć rosyjskiego. Zimą 194O roku zaczęły się na Ukrainie wywózki ludności polskiej na Sybir. Wywożono, często w nocy, pracowników administracji państwowej, nauczycieli, księży, wojskowych. Drżeli, aby i ich to nie spotkało.

Sad pełen uciekinierów


22 czerwca 1941 roku Niemcy napadły na ZSRR. Pani Halina opowiada, jak pewnego dnia zobaczyła na niebie stalowe ptaki. — Byłam ciekawska, więc wyjrzałam na zewnątrz. A tu świst bomb, huk! Samoloty nurkowały tak nisko, że widziałam ich cienie na podwórku. Wtedy w samym Zdołbunowie zginęło blisko tysiąc osób. Niemcy poszli dalej, zostawiając oddziały specjalne, które wraz z miejscową policją przystąpiły do eksterminacji Żydów. Pierwsza czystka miała miejsce 7 sierpnia 1941 roku i pochłonęła 200 osób. Potem w mieście Niemcy zorganizowali getto. W kilka miesięcy później zostało zlikwidowane, a wszyscy Żydzi rozstrzelani. Wielu Polaków, którzy nie zostali wywiezieni przez Rosjan, skierowano na roboty przymusowe do Niemiec. Podczas rzezi wołyńskiej UPA nie dokonało ataku na Zdołbunów, Ukraińców powstrzymywała obecność w mieście garnizonu niemieckiego. Ale miasto zaroiło się od uciekinierów z okolicznych wsi. — Koczowali między innymi w naszym sadzie! — wspomina Halina Drohomirecka. — Opowiadali straszne rzeczy. Płakaliśmy razem. Kiedy do Zdołbunowa powrócili Rosjanie, Kazimierz Kozłowski został żołnierzem I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Walczył między innymi pod Lenino, gdzie został ranny. Kiedy Rosjanie przekroczyli Bug, wuj Antoni Persyk z żoną wyjechali do Polski.

Złoty zegarek zamiast przepustki


— Tata był na froncie, mama miała nas troje, żyło nam się biednie, więc też zdecydowała, że wyjedzie! — wspomina Halina Drohomirecka. — Ruszyliśmy do tej wymarzonej Polski jednym z pierwszych transportów, wagonem bydlęcym. Przy sobie nie mieliśmy prawie nic dobytku, mama zachowała na czarną godzinę damski złoty zegarek. Dojeżdżamy na most na Bugu, a konwojujący nas Rosjanie mówią: Dalej Polaczki, pójdziecie pieszo. Mama dała im ten zegarek, kazali zostać i tak dotarliśmy jakoś do Chełmu. Ojciec tymczasem walczył na Wale Pomorskim, gdzie ponownie został ranny. Po rekonwalescencji, w czasie urlopu odnalazł ich, zabrali się z nim do Krasnystawu a następnie do Czerniewic, gdzie z oddziałem wojska pilnował młyna zbożowego.

Kierunek: Olsztyn


— Młyn był pełen zboża a ludzie wokół głodni. Żołnierze, narażając się na rozstrzelanie, otworzyli wrota i wydali im zboże — opowiada pani Halina. — Potem tata wyjechał znowu na front, a nas odnalazł z kolei wuj Persyk i zaprosił do siebie do Olsztyna. Pociąg dojechał do Dęblina, gdzie zastał nas koniec wojny. Wagony stoją na stacji, a tu nagle jak nie wybuchnie kanonada! Myśleliśmy, że Niemcy wrócili. Ale się okazało, że to już koniec tej tułaczki, więc w płacz! Rosjanie konwojujący pociąg przyglądali się nam ze zdziwieniem, ale potem i oni zaczęli wiwatować. A potem dotarliśmy do tego Olsztyna. Wuj Persyk z żoną zajmował mieszkanie przy ul. Wojska Polskiego. Było jednak za ciasne dla pięciorga osób, więc mama postanowiła znaleźć coś osobnego. Dotarła do jakiegoś wysokiego stopniem oficera radzieckiego, który poradził im, żeby sobie takiego lokalu poszukali, Mama odkryła poniemiecki dom przy ul. Mielczarskiego. Na parterze wcześniej trzymano konie. Za pół litra spirytusu oddelegowani przez oficera żołnierze pomogli im posprzątać zalegający tam gnój. Halina mogła wreszcie iść do szkoły. — W 1949 roku wyszłam za mąż za Włodzimierza Drohomireckiego — wspomina. — Pochodził jak ja z Wołynia, a ponadto był herbowy! A herbem Drohomireckich był Sas de Howora. Po latach mąż napisał wspomnienia ze swoich przeżyć na Wołyniu. Wydano je w książce.

Złote ruble wuja Antoniego


Pewnego dnia, w rodzinnym gronie, wuj Antoni opowiedział dalszy ciąg swojej historii związanej ze służbą w gwardii carskiej. Kiedy sytuacja w Rosji zaczęła się komplikować, w obawie przed bolszewikami, pod koniec 1916 roku car Mikołaj II postanowił ukryć część złota i klejnotów. Schowano je w licznych sejfach, część złotych i srebrnych sztabek zostało na początku zimy 1917 roku przewiezionych w 18 wagonach do Kazania. Następnie w Kazaniu zarekwirował je admirał Aleksander Kołczak z Białych, ale potem trafiły znowu w ręce sowieckiej władzy. Nie odnaleziono jednak wszystkiego. Między innymi złotych rubli w pancernej kasie, jakie wysoki oficer carski powierzył jesienią 1916 roku dwójce swoich gwardzistów z poleceniem, żeby ukryli je gdzieś na Ukrainie. — Wybrano ich spośród czterech, którzy przebrani za Żydów wystąpili na jakimś przedstawieniu w Petersburgu — opowiada pani Halina. — Dlaczego wuj Antoni? Bo znał trzy języki (czwarty polski), był odważny. Wyjechali pewnego późnojesiennego dnia 1916 roku furmanką. Mieli na sobie stare chałaty, byli zarośnięci. Kasa z rublami, jak opowiadał nam wuj, spoczywała pod workami ze słomą i brudnymi szmatami. Cudem uniknęli niebezpieczeństw, ale w miarę zbliżania się do celu podróży zaczynało być coraz bardziej niebezpiecznie. W końcu dotarli do Żytomierza. Ukryli złote ruble w sąsiedztwie Głowy Czackiego (granitowa podobizna Tadeusza Czackiego, założyciela liceum w Krzemieńcu - przyp. red.), obok dwóch dębów. Nigdy już więcej nie spotkali. — Zapytaliśmy wujka, dlaczego później tam nie pojechał, nie odszukał tego skarbu, przecież to majątek! — uśmiecha się pani Halina. — A on na to, że nawet po tylu latach boi się Rosjan. Doskonale pamiętał, jaki los spotkał cara Mikołaja II, który wraz z rodziną został zamordowany.
Wuj zmarł w 1963 roku w Prabutach. Kiedy pani Halina opowiada o tych rublach swoim synom, traktują tę historię trochę z przymrużeniem oka. Ona jednak w to wierzy.
Władysław Katarzyński

Na mapie oznaczyliśmy Zdołbunów


Czekamy na Wasze zdjęcia i opisy pięknych zakątków regionu, kliknij tutaj, aby dodać swój artykuł lub skontaktuj się z nami pod adresem redakcja@naszawarmia.pl.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Polecamy